Archiwum kategorii ‘Karty historii’

24Kutrzeba wracał z południa, po rozmowie z dowódcą armii Pomorze, generałem Władysławem Bortnowskim. Naczelne dowództwo zmieniało decyzje: Marszalek Rydz Śmigły zgodził się, aby armia Kutrzeby wspomogła armię Łódź, której sytuacja była już tragiczna, szybko jednak ten rozkaz odwołał, nakazując odwrót armii Poznań do linii Wisły. Odwołanie tej operacji było słuszne, gdyż na jej skuteczność było w danej chwili stanowczo za późno. Rozkaz marszu na Warszawę niechybnie dowodził, że w pierwszej fazie wojny, w osłonie granic i koncentracji Polska przegrała. Mimo, że było to do przewidzenia, przegrana ta była o wiele za wczesna. Czwartego września oddziały niemieckiej ósmej armii, dowodzonej przez generała Blaskowica zajęły Łódź. General urządził kwaterę w fabrykanckim pałacyku i stąd miał dowodzić dalszym natarciem swojej armii. Blaskowic chciał jak najszybciej dojść do Warszawy i zdobyć ją. Był tego pewien, że największy lup w tej wojnie, wzięcie stolicy, przypadnie jemu. Ruch oddziałów niemieckiej ósmej armii był cały czas obserwowany, tak, jak na to pozwalały możliwości lotnictwa zwiadowczego armii Poznań. Wykrycie oddziałów wroga, miejsc, w których koncentrował swoje siły miało ogromne znaczenie dla planów generała Kutrzeby. Naczelne dowództwo wojska polskiego trąciło szansę zadania nieprzyjacielowi, niemieckiej ósmej armii potężnego uderzenia. Zaczynała się wojna manewru i ruchu, ale wielu najwyższych oficerów nie rozumiało nowego czasu. Był czas, kiedy manewr polskich armii mógł całkowicie zmienić bieg kampanii wrześniowej. W stronę warszawy szły od północy i południa przez Łódź i Częstochowę niemieckie armie, a po środku tych kleszczy znalazła się polska armia Poznań, która nie była atakowana, zachowując w ten sposób pełnię sil. Dowódca nie mógł wykonać zaplanowanego manewru, który dotkliwie pomieszałby szyki wojskom niemieckim, ponieważ nie wyrażało na to zgody naczelne dowództwo wojsk polskich. Manewr ten mógł wpłynąć na bieg kampanii wrześniowej. Luftwaffen uderzało, bombowce, które atakowały z lotu nurkowego, mogły atakować bardzo celnie. Startowały nie tylko z kolumnami wojsk, stanowiskami artylerii, zgrupowaniami czołgów. Znacznie częściej w tej wojnie uderzały na cele cywilne. Bombardowania miasteczek poza linią frontu, niemających żadnego znaczenia strategicznego, tak jak wieści o nadchodzących oddziałach wroga i bestialstwach przez nich popełnianych wyganiały z domów setki tysięcy ludzi. Zabierali dobytek, jaki można było umieścić na wozach i wózkach i wyruszali w drogę. Tłumy uciekających przed ogniem wojny mieszały się z wojskiem, blokując i tak powolny marsz kolumn żołnierzy i konnych taborów. Ludźmi kierował strach i panika, ale wciąż istniała wielka wiara w obiecaną pomoc aliantów.

19General Kleberg skierował do podległych mu jednostek rozkazy do przegrupowania w celu zajęcia najbardziej korzystnej pozycji do bitwy. Odrzucał możliwość kapitulacji, lecz dobrze wiedział, jak ciężkie jest położenie jego samodzielnej grupy operacyjnej. Nie mogła liczyć na wsparcie i pomoc jakiegokolwiek innego oddziału polskiego wojska. Polska była już pokonana i podzielona. Między Kockiem, Serokomlą, Wolą Gułowską rozegrała się ostatnia bitwa kampanii wrześniowej. Można zadać sobie pytanie, czy miała ona sens, skoro Polska była już pokonana: półwysep helski skapitulował, ale general Kleberg o tym nie wiedział. Można przyjąć, że gdyby nawet wiedział, nie zrezygnowałby z walki, ponieważ uważał, że żołnierz musi walczyć, do póki istnieją takie możliwości, a takie możliwości widział. Widział możliwości przebicia się jego grupy operacyjnej, siedemnastu tysięcy żołnierzy do gór Świętokrzyskich i prowadzenia tam już wojny partyzanckiej. Od dawna było już oczywiste, że Polska tej wojny nie wygra, a jedyną nadzieją była pomoc sojuszników, ale ci, mimo wypowiedzenia Niemcom wojny, nie podjęły większych działań bojowych. Warszawa, okrążona od szesnastego września stawiała zacięty opór, mimo stałego bombardowania, ostrzału artyleryjskiego oraz z innych ciężkich dział. Ogień artyleryjski miał przynieść większe straty wśród ludności cywilnej, niż wojska. Wieczorem 28 września 1939 roku oddziały samodzielnej grupy operacyjnej Polesie podeszły pod Włodawę nad Bugiem. Miały już za sobą ciężkie walki z Niemcami i armią czerwoną. Dowódca, general Franciszek Kleberg postanowił poprowadzić grupę operacyjną w góry Świętokrzyskie, aby podjąć walkę partyzancką. Po drodze mieli uderzyć na składnicę uzbrojenia w Stawach pod Dęblinem i tam uzupełnić amunicję i broń. Jednakże było już za późno, aby general mógł zrealizować swój plan. Spod Dęblina jechała niemiecka trzynasta dywizja piechoty zmotoryzowanej, było to szesnaście i pól tysiąca żołnierzy, dysponujących samochodami pancernymi, silną artylerią i możliwością lotniczego wsparcia. Miało rozkaz zatrzymania i rozbicia polskiej grupy operacyjnej. Do walki mogły tez włączyć się dwie inne dywizje i brygada kawalerii. Wydawałoby się, że wobec tak wielkich sil niemieckich, oddziały generała Kleberga nie miały żadnych szans. Pierwszego października polskie oddziały doszły do rejonu Kocka i Radzynia. Patrole, wysłane na rozpoznanie terenu stwierdziły, że są tam żołnierze z niemieckiej trzynastej dywizji piechoty zmotoryzowanej. Oznaczało to, że droga na zachód została zamknięta. Samodzielna grupa operacyjna Polesie musiała przyjąć walkę lub skapitulować. Cofnąć się nie mogła, gdyż na wschodzie były już radzieckie oddziały.

62Po zwycięstwie w Attyce Sulla udał się na nowe spotkanie z wrogiem do Beocji Po zdobyciu tychże miejsc doszły Lucjusza Sullę wieści, że wielka armia pontyjska nadciąga od północy w kierunku Beocji. Ruszył tedy do Beocji właśnie, opuszczając Attykę. Plutarch twierdzi, że wielu zarzucało mu wtedy czyn ten jako wysoce nietaktyczny, Sulla jednak wiedział co robi. Otóż Attyka, będąc krainą górzystą i nieurodzajną, nie mogłaby wyżywić jego żołnierzy, podczas gdy równinna Beocja opływała niemalże we wszelkie pokarmy. Ponadto do Beocji przez wąwozy tesalskie nadciągał inny wódz rzymski, młody Hortensjusz, mając ze sobą niewielką armię – Sulla obawiał się, aby nie została ona napadnięta przez wojska nieprzyjacielskie i zniszczona. Wybrał więc na miejsce spotkania z wrogiem Beocję, mimo, że jej równinne tereny były teoretycznie dogodniejsze dla barbarzyńców – o sile ich armii decydowała przede wszystkim konnica, której mieli 10 tysięcy, i wozy z kosami. Piechoty nieprzyjaciele mieli około stu tysięcy. Armia barbarzyńców była kilkukrotnie liczniejsza od armii rzymskiej, ale jak się niedługo okaże – to nie wystarczyło, aby pokonać tak znakomitego wodza jakim był Lucjusz Korneliusz Sulla. Po zwycięstwie Sulla wyruszył do Teb, tam świętował i tam przyjmował wróżby Po bitwie Sulla udał się do Teb, aby tam świętować uroczystości triumfalne. Zgromadzono tam bardzo wielu sportowców i artystów, rozpoczęto zawody, odbyły się naprawdę świetne przedstawienia. Samych Tebańczyków Sulla jednak srogo ukarał za to, że tak łatwo odpadli od Rzymu i przeszli na stronę Mitrydatesa. Otóż odebrał Tebom połowę ich ziemi i przekazał ją na cele sakralne, a dochody czerpane z tejże ziemi kazał przekazywać świątyniom w Olimpii, Delfach i Epidauros. Wtedy to właśnie przybył do Lucjusza Sulli znany kupiec rzymski, który przywiózł mu wieści od słynnego wieszczka Trofoniosa. Otóż wieszczek ten twierdził, że miał sen, w którym – jak przypuszcza – ukazał mu się Zeus Olimpijski i rzekł mu, że Sulla w przyszłości jeszcze raz pod Cheroneją odniesie wielkie zwycięstwo. Sulla niezwykle uradował się słysząc te słowa, bowiem, jak już wspomniano, był wielce przesądny. Przyszłość pokazała, że nie odniósł on już w tym samym miejscu drugiego zwycięstwa, odniósł je jednak w innym miejscu, pod Orchomenos, ponownie wygrywając z wojskami dowodzonymi przez Archelaosa. Teraz jednak Sulla mógł nieco odpocząć od wojny, choć, oczywiście, nie na długo. Dlaczego Sulla tak tej wojny pragnął, a dlaczego mogło mu zależeć na jak najszybszym jej zakończeniu?Zaznaczyć trzeba, że nie była to wojna, której wódz rzymski mógłby nie chcieć – wszystkie działania militarne na wschodzie, tym bardziej w Azji Mniejszej, niosły ze sobą obietnicę przeogromnych bogactw, które wódz mógł częściowo sobie przywłaszczyć (częściowo, oczywiście, wędrowały one do skarbu Rzeczypospolitej). Sulla więc wyruszał na wojnę z Mitrydatesem pełen optymizmu, zwłaszcza, że będąc człowiekiem przesądnym wierzył w różnorakie znaki, które podówczas – jak wykładali mu wieszczkowie – wskazywały na bardzo dlań pomyślną kampanię militarną. Jedyne, co mogło Sullę niepokoić to sytuacja polityczna w Rzymie – już po krótkim czasie od jego wyruszenia na wojnę zaczęło tam wrzeć i sytuacja stawała się dla niego nieprzyjazna, tendencja ta utrzymała się do zakończenia wojny. Doszło nawet do tego, że Lucjusz Sulla został ogłoszony wrogiem Rzymu. Mimo to wódz ten nie zrezygnował z wojny z Mitrytadesem i nie podążył do swej ojczyzny, by zniszczyć wrogów – chciał najpierw wypełnić obowiązki wobec ojczyzny i doprowadzić do zakończenia wojny z Mitrydatesem VI Eupatorem, czego zresztą dokonał, choć ze skutkiem pozostawiającym nieco do życzenia.

48Brak porozumienia miast hanzeatyckich Jak to często bywa, miasta hanzeatyckie nie mogły się porozumieć, aby wspólnie wystąpić przeciw braciom witalijskim. Zamiast nich przystąpiła do działań największa potęga wojskowa Wschodu, Zakon Krzyżacki. Wielki Mistrz Konrad von Jungingen zebrał na zamku w Malborku przedstawicieli miast pruskich i przedstawił im swój tajny plan. 2 000 żołnierzy atakując przez zaskoczenie miało zadać śmiertelny cios braciom witalijskim na Gotlandii. Miasta plan przyjęły. Inwazja było wojskowym majstersztykiem. 22.02.1398 r. W gotowości stało 10 kog i 30 mniejszych statków. Machiny oblężnicze i prowiant umieszczono na pokładzie, rycerze, piechota i konie czekały na zaokrętowanie. 17 marca, gdy na Bałtyku jeszcze szła kra i żadne statki nie pływały, flota wypłynęła na morze. Cztery dni później wojsko wylądowało w pobliżu pirackiego zamku Vastergarn. Akcja przeprowadzona została błyskawicznie. Mimo wysokiego śniegu wojsko zakonne przetoczyło się jak burze śnieżna przez wyspę. Ogarnięte panicznym strachem pirackie zamki kapitulowały. Zajęcie Wisby W roku 1394 roku bracia witalijscy pod wodzą komendanta Sztokholmu pojawili się na wybrzeżu duńskiej wyspy Gotlandii i zajęli jej stolicę, Wisby, wówczas jedną z najsilniejszych twierdz północnej Europy. Wisby stało się centrum wojny korsarskiej, która królowej Małgorzacie i jej sprzymierzeńcom przyniosła więcej strat aniżeli wojna przeciw Szwecji. W końcu Sztokholm musiał jednak skapitulować i zawarto pokój. Bracia witalijscy natomiast nie przerwali swojej korsarskiej wojny, którą prowadzili z Gotlandii. Dla Hanzy nastały trudne lata. Każdy statek musiał zabierać na swój pokład zbrojnych żołnierzy. Ponadto miasto hanzeatyckie zbroiły w działa ciężkie statki wojenne, zwane “kogami pokoju”. Jednak bracia witalijscy byli dobrze uzbrojonymi, twardymi przeciwnikami. Ich hulki o wysokich burtach miały przewagę nad hanzeatyckimi niskimi kogami. Kto się nie poddał lub nie zginął już w czasie abordażu, tego bezlitośnie wyrzucano za burtę i tonął. Również hanzeaci nie wskazywali zbytniej litości wobec schwytanych piratów. Zakuwano ich w kajdany lub umieszczano w beczce na śledzie, a następnie niechybnie ścinano.