Wpisy oznaczone tagiem ‘armia’

23Francuscy dowódcy swoją operacją prowadzili całkowicie bez przekonania, zwłaszcza, że Francja nie była gotowa do wojny, natomiast odnotowano ożywiony ruch na francuskich lotniskach. Uderzenie powietrzne na niemieckie zakłady zbrojeniowe, bazy i jednostki wojska mogło wywrzeć pożądany efekt, ale rządy Francji i Wielkiej Brytanii odrzucały taką możliwość. Z francuskich lotnisk startowały samoloty z ulotkami. W pierwszych dniach września francuskie lotnictwo zrzuciło na Niemcy pięć milionów ulotek, ośmieszających Hitlera i informujących niemieckie społeczeństwo, ze ich przywódcy są skorumpowani i nieuczciwi. Zgodnie z rozkazem naczelnego wodza armia Poznań rozpoczęła odwrót z Wielkopolski w stronę Warszawy, choć jej dowódca, general Kutrzeba ani na chwilę nie porzucił planu uderzenia na niemieckie wojska, toczące krwawe boje z armią Łódź, musiał jednak wykonać rozkaz. Odwrót armii Poznań odbywał się we wzorowym porządku: szli marszem ubezpieczonym, gotowi odeprzeć atak wroga. Poruszali się głównie nocami, co uniemożliwiało wrogowi wykrycie naszych wojsk. Jedynie dywersanci śledzili polskie oddziały, rozpalając stogi, co miało zwrócić uwagę lotnictwa i wskazać obserwatorom kierunki, w jakich zmierzały nasze dywizje. General Kutrzeba zatrzymał się w dworze Mchówek, kolo Izbicy, gdzie miał przygotowaną bojową kwaterę. W sytuacji ewakuacji rządu wszelkie wiadomości o zaistniałej sytuacji miały wartość ogromną dla morale społeczeństwa i wojska, które w wielu miejscach toczyło krwawe boje. Na wybrzeżu, gdzie siódmego września, po bohaterskiej obronie skapitulowało Westerplatte, bronił się Hel, uniemożliwiając niemieckiej flocie swobodny dostęp do portów w Gdańsku. Nasza flota już się nie liczyła: dwa największe okręty zostały zatopione w porcie helskim przez niemieckie samoloty, ale działa z Gryfa, przeniesione na ląd miały wzmocnić obronę półwyspu. Wciąż wałczyło polskie lotnictwo, które w ciągu pierwszych sześciu dni wojny strąciło niemalże połowę samolotów. Polska jednak liczyła na pomoc sojuszników, pomoc, która mogła całkowicie zmienić sytuację. Do Francji przybywały oddziały brytyjskiego korpusu ekspedycyjnego, miało to jednak znaczenie polityczne, a nie militarne. Oddziały ochotniczej armii terytorialnej nie miały wielkiej wartości bojowej i było oczywiste, że musi minąć wiele czasu, zanim zdołają przygotować się do walki. Brakowało im ciężkiej artylerii i czołgów. Brytyjski korpus ekspedycyjny mógłby podjąć walkę z Niemcami najwcześniej na początku 1940 roku. Armia francuska była wystarczająco silna, aby sama wpłynąć na bieg wojny, ale jej dowódcom brakowało woli walki. Francuscy oficerowie byli sparaliżowani pamięcią o ogromnych stratach poniesionych podczas minionej wojny.

24Kutrzeba wracał z południa, po rozmowie z dowódcą armii Pomorze, generałem Władysławem Bortnowskim. Naczelne dowództwo zmieniało decyzje: Marszalek Rydz Śmigły zgodził się, aby armia Kutrzeby wspomogła armię Łódź, której sytuacja była już tragiczna, szybko jednak ten rozkaz odwołał, nakazując odwrót armii Poznań do linii Wisły. Odwołanie tej operacji było słuszne, gdyż na jej skuteczność było w danej chwili stanowczo za późno. Rozkaz marszu na Warszawę niechybnie dowodził, że w pierwszej fazie wojny, w osłonie granic i koncentracji Polska przegrała. Mimo, że było to do przewidzenia, przegrana ta była o wiele za wczesna. Czwartego września oddziały niemieckiej ósmej armii, dowodzonej przez generała Blaskowica zajęły Łódź. General urządził kwaterę w fabrykanckim pałacyku i stąd miał dowodzić dalszym natarciem swojej armii. Blaskowic chciał jak najszybciej dojść do Warszawy i zdobyć ją. Był tego pewien, że największy lup w tej wojnie, wzięcie stolicy, przypadnie jemu. Ruch oddziałów niemieckiej ósmej armii był cały czas obserwowany, tak, jak na to pozwalały możliwości lotnictwa zwiadowczego armii Poznań. Wykrycie oddziałów wroga, miejsc, w których koncentrował swoje siły miało ogromne znaczenie dla planów generała Kutrzeby. Naczelne dowództwo wojska polskiego trąciło szansę zadania nieprzyjacielowi, niemieckiej ósmej armii potężnego uderzenia. Zaczynała się wojna manewru i ruchu, ale wielu najwyższych oficerów nie rozumiało nowego czasu. Był czas, kiedy manewr polskich armii mógł całkowicie zmienić bieg kampanii wrześniowej. W stronę warszawy szły od północy i południa przez Łódź i Częstochowę niemieckie armie, a po środku tych kleszczy znalazła się polska armia Poznań, która nie była atakowana, zachowując w ten sposób pełnię sil. Dowódca nie mógł wykonać zaplanowanego manewru, który dotkliwie pomieszałby szyki wojskom niemieckim, ponieważ nie wyrażało na to zgody naczelne dowództwo wojsk polskich. Manewr ten mógł wpłynąć na bieg kampanii wrześniowej. Luftwaffen uderzało, bombowce, które atakowały z lotu nurkowego, mogły atakować bardzo celnie. Startowały nie tylko z kolumnami wojsk, stanowiskami artylerii, zgrupowaniami czołgów. Znacznie częściej w tej wojnie uderzały na cele cywilne. Bombardowania miasteczek poza linią frontu, niemających żadnego znaczenia strategicznego, tak jak wieści o nadchodzących oddziałach wroga i bestialstwach przez nich popełnianych wyganiały z domów setki tysięcy ludzi. Zabierali dobytek, jaki można było umieścić na wozach i wózkach i wyruszali w drogę. Tłumy uciekających przed ogniem wojny mieszały się z wojskiem, blokując i tak powolny marsz kolumn żołnierzy i konnych taborów. Ludźmi kierował strach i panika, ale wciąż istniała wielka wiara w obiecaną pomoc aliantów.

62Po zwycięstwie w Attyce Sulla udał się na nowe spotkanie z wrogiem do Beocji Po zdobyciu tychże miejsc doszły Lucjusza Sullę wieści, że wielka armia pontyjska nadciąga od północy w kierunku Beocji. Ruszył tedy do Beocji właśnie, opuszczając Attykę. Plutarch twierdzi, że wielu zarzucało mu wtedy czyn ten jako wysoce nietaktyczny, Sulla jednak wiedział co robi. Otóż Attyka, będąc krainą górzystą i nieurodzajną, nie mogłaby wyżywić jego żołnierzy, podczas gdy równinna Beocja opływała niemalże we wszelkie pokarmy. Ponadto do Beocji przez wąwozy tesalskie nadciągał inny wódz rzymski, młody Hortensjusz, mając ze sobą niewielką armię – Sulla obawiał się, aby nie została ona napadnięta przez wojska nieprzyjacielskie i zniszczona. Wybrał więc na miejsce spotkania z wrogiem Beocję, mimo, że jej równinne tereny były teoretycznie dogodniejsze dla barbarzyńców – o sile ich armii decydowała przede wszystkim konnica, której mieli 10 tysięcy, i wozy z kosami. Piechoty nieprzyjaciele mieli około stu tysięcy. Armia barbarzyńców była kilkukrotnie liczniejsza od armii rzymskiej, ale jak się niedługo okaże – to nie wystarczyło, aby pokonać tak znakomitego wodza jakim był Lucjusz Korneliusz Sulla. Po zwycięstwie Sulla wyruszył do Teb, tam świętował i tam przyjmował wróżby Po bitwie Sulla udał się do Teb, aby tam świętować uroczystości triumfalne. Zgromadzono tam bardzo wielu sportowców i artystów, rozpoczęto zawody, odbyły się naprawdę świetne przedstawienia. Samych Tebańczyków Sulla jednak srogo ukarał za to, że tak łatwo odpadli od Rzymu i przeszli na stronę Mitrydatesa. Otóż odebrał Tebom połowę ich ziemi i przekazał ją na cele sakralne, a dochody czerpane z tejże ziemi kazał przekazywać świątyniom w Olimpii, Delfach i Epidauros. Wtedy to właśnie przybył do Lucjusza Sulli znany kupiec rzymski, który przywiózł mu wieści od słynnego wieszczka Trofoniosa. Otóż wieszczek ten twierdził, że miał sen, w którym – jak przypuszcza – ukazał mu się Zeus Olimpijski i rzekł mu, że Sulla w przyszłości jeszcze raz pod Cheroneją odniesie wielkie zwycięstwo. Sulla niezwykle uradował się słysząc te słowa, bowiem, jak już wspomniano, był wielce przesądny. Przyszłość pokazała, że nie odniósł on już w tym samym miejscu drugiego zwycięstwa, odniósł je jednak w innym miejscu, pod Orchomenos, ponownie wygrywając z wojskami dowodzonymi przez Archelaosa. Teraz jednak Sulla mógł nieco odpocząć od wojny, choć, oczywiście, nie na długo. Dlaczego Sulla tak tej wojny pragnął, a dlaczego mogło mu zależeć na jak najszybszym jej zakończeniu?Zaznaczyć trzeba, że nie była to wojna, której wódz rzymski mógłby nie chcieć – wszystkie działania militarne na wschodzie, tym bardziej w Azji Mniejszej, niosły ze sobą obietnicę przeogromnych bogactw, które wódz mógł częściowo sobie przywłaszczyć (częściowo, oczywiście, wędrowały one do skarbu Rzeczypospolitej). Sulla więc wyruszał na wojnę z Mitrydatesem pełen optymizmu, zwłaszcza, że będąc człowiekiem przesądnym wierzył w różnorakie znaki, które podówczas – jak wykładali mu wieszczkowie – wskazywały na bardzo dlań pomyślną kampanię militarną. Jedyne, co mogło Sullę niepokoić to sytuacja polityczna w Rzymie – już po krótkim czasie od jego wyruszenia na wojnę zaczęło tam wrzeć i sytuacja stawała się dla niego nieprzyjazna, tendencja ta utrzymała się do zakończenia wojny. Doszło nawet do tego, że Lucjusz Sulla został ogłoszony wrogiem Rzymu. Mimo to wódz ten nie zrezygnował z wojny z Mitrytadesem i nie podążył do swej ojczyzny, by zniszczyć wrogów – chciał najpierw wypełnić obowiązki wobec ojczyzny i doprowadzić do zakończenia wojny z Mitrydatesem VI Eupatorem, czego zresztą dokonał, choć ze skutkiem pozostawiającym nieco do życzenia.

21Polskie lotnictwo posiadało trzysta dziewięćdziesiąt dwa samoloty gotowe do walki, w tym sto pięćdziesiąt osiem samolotów myśliwskich, które były wolniejsze, słabiej uzbrojone i łatały niżej, niż niemieckie myśliwce. Brakowało nam samolotów szturmowych, zdolnych do niszczenia niemieckich kolumn pancernych. Siła nowoczesnych bombowców Łoś nie została wykorzystana przez nasze dowództwo. Losie nie bombardowały lotnisk, rejonów koncentracji, stacji wyładowczych, zaś skierowanie tych bombowców przeciwko kolumnom pancernym było błędem, za który życiem zapłaciło wielu naszych lotników. Drugiego października w rejonie Kocka i Serokomli samodzielna grupa operacyjna Polesie zajęła stanowiska obronne, część z nich okopała się pod Serokomlą. Pierwsze niemieckie uderzenie miał przyjąć trzeci szwadron. Przed godziną dziesiątą niemiecki batalion gotowy był do ataku; przewaga była po jego stronie, zważając na silne wsparcie, jakie miał otrzymać ze strony sześciu samochodów pancernych. O godzinie dziesiątej Niemcy zaatakowali. Tuż za piechotą ruszyły do boju samochody pancerne. Pancerze dawały im dobrą ochronę przed naszymi pociskami karabinowymi i odłamkami granatów, ale wtedy otworzyły ogień polskie działa. Nasze pociski zniszczyły dwa samochody pancerne, a pozostałe wycofały się na skraj lasu. W polskiej piechocie sytuacja była nieciekawa, tak samo, jak w kawalerii. Każda z czynnych dywizji piechoty licząca około szesnaście i pól tysiąca żołnierzy miała tylko dwadzieścia siedem dział przeciwpancernych, jednakże największą słabością naszego wojska był brak samochodów. Każda dywizja miała za to siedem tysięcy koni, a tabory ciągnęły się przez wiele kilometrów, opóźniając marsz, tarasując drogi, uniemożliwiając szybki manewr. W każdej dywizji były tylko siedemdziesiąt dwa samochody, gdzie w niemieckiej było ponad dwa i pól tysiąca. W końcu lat trzydziestych polska armia miała prawie dziewięćset czołgów. Były male, słabo opancerzone i słabo uzbrojone, tylko w jeden karabin maszynowy, mogły walczyć jedynie z najsłabszymi niemieckimi czołgami. Czołgów z prawdziwego zdarzenia, kupionych w Anglii oraz francuskich było niewiele, bo około dwustu trzydziestu. Na więcej nie było Polski stać, a wermacht miał prawie pięciokrotnie więcej czołgów. Na głównych kierunkach uderzeń, niemiecka przewaga dochodziła do piętnastu razy. Zarówno kawaleria, jak i piechota były niemalże bezbronne wobec lotnictwa. Dywizja piechoty miała tylko cztery działa przeciwlotnicze, a brygada kawalerii dwa. Używano ciężkich karabinów maszynowych, lecz ich skuteczność w walce z niemieckimi samolotami była niewielka. Użycie bombowców nurkujących dało Niemcom ogromną przewagę.